Podsumowanie tygodnia na rynkach (2026-03-27)
W mijającym tygodniu w centrum wydarzeń pozostawał Bliski Wschód i obawy o utrzymanie zakłóceń w rejonie cieśniny Ormuz. Sam fakt przedłużenia przez Donalda Trumpa terminu dla Iranu nie wystarczył, by uspokoić inwestorów.
W piątek ropa Brent przekraczała cenę 110 USD jednocześnie Wall Street kończyła dzień spadkami. Rentowność amerykańskich 10-latek przekraczała 4,4 proc., polskich sięgała niemal 5,9 proc.
Reklama
Paradoksalnie, jednym z największych przegranych ostatnich dni okazało się złoto, tradycyjnie postrzegane jako bezpieczna przystań w czasach niepewności. Po 9 dniach spadków z rzędu kruszec zlikwidował zyski z początku 2026 r. Od momentu wybuchu konfliktu z udziałem Iranu kruszec stracił już ponad 20 proc.
Rynek przestał traktować szok energetyczny jako krótką anomalię. Mimo chwilowej korekty ropa od początku wojny wzrosła skokowo, a inwestorzy coraz wyraźniej przestawiają się z myślenia o dezinflacji na myślenie o uporczywej presji kosztowej. To uderza jednocześnie w wyceny akcji wzrostowych, długoterminowe obligacje i oczekiwania co do polityki pieniężnej. W praktyce oznacza to, że Fed i EBC znalazły się w znacznie mniej wygodnym położeniu niż jeszcze kilka tygodni temu. Rynek zaczął wyceniać bardziej jastrzębi scenariusz dla Europy.
Czytaj także: Banki centralne szykują się na podwyżki stóp
W strefie euro zbiorczy PMI spadł w marcu do 50,5, najniżej od 10 miesięcy. Wzrost hamuje, podczas gdy ceny i problemy podażowe rosną. W USA obraz nie był dużo lepszy. Composite PMI obniżył się do 51,4, najniżej od 11 miesięcy, przy wyraźnym wzroście wskaźników kosztów i cen sprzedaży.
Europejski komisarz Valdis Dombrovskis ostrzegł, że nawet krótkie zaburzenia podaży energii mogą obniżyć wzrost gospodarczy w UE w 2026 r. o 0,4 pkt proc. i podbić inflację nawet o 1 pkt proc. W USA podobny niepokój widać już w nastrojach konsumentów: indeks Uniwersytetu Michigan spadł w marcu do 53,3 z 56,6, a roczne oczekiwania inflacyjne wzrosły do 3,8 proc.
Czytaj także: Credit Agricole podnosi prognozę inflacji na 2026 rok z 2,2% do... 3,9%
Na tym tle polskie dane za luty wyglądały jeszcze całkiem przyzwoicie - sprzedaż detaliczna w cenach stałych wzrosła o 5 proc. r/r. Problem polega na tym, że są to jeszcze publikacje opisujące gospodarkę sprzed pełnego paliwowego uderzenia. Dopiero dane za marzec pokażą, ile z tego zostało.
- Początek br. był dla handlu udany i ogólnie perspektywy rysowały się bardzo optymistycznie. Wybuch wojny w Iranie z końcem lutego zmienił jednak sytuację. Wojna trwa 4-ty tydzień i mimo początkowych wskazań prezydenta USA, że potrwa ona 4-5 tygodni, nie widać oznak, aby miała się szybko zakończyć. Jednocześnie poszybowały m.in. ceny ropy naftowej, co z impetem przekłada się na ceny paliw na stacjach benzynowych, a co odczuwa cała gospodarka. W takich warunkach istnieje duże prawdopodobieństwo, że konsument zaciągnie hamulec i ograniczy zakupy. Kryzys za kryzysem w ostatnich latach wiele konsumentów nauczył, zmienił ich zachowania, stali się ostrożniejsi w swoich decyzjach i nawet jeśli ich sytuacja finansowa nie będzie się pogarszać, będą prawdopodobnie woleli odłożyć mniej konieczne wydatki na spokojniejsze czasy. Marzec dla handlu może być wciąż jeszcze dobry, ponieważ jest to miesiąc poprzedzający święta Wielkanocne, ale potem – zwłaszcza jeśli wojna będzie się przedłużać – dane mogą okazać się wyraźnie słabsze - ocenia Monika Kurtek, główna ekonomistka Banku Pocztowego.
W odpowiedzi na widmo drastycznych podwyżek na stacjach ogłoszono powrót tarczy antyinflacyjnej. Plan zakłada cięcie VAT na paliwa z 23 do 8 proc, obniżkę akcyzy do minimów unijnych oraz administracyjne ograniczenie marż sprzedawców. Rząd liczy, że dzięki temu ceny na dystrybutorach spadną o ok. 1,20 zł na litrze jeszcze przed Wielkanocą. Rachunek za ten ruch będzie jednak słony. Minister finansów szacuje koszty operacji na 1,6 mld zł miesięcznie. Co więcej, obniżka VAT stoi w otwartej sprzeczności z unijną dyrektywą. Aby załatać wyrwę w i tak napiętych finansach publicznych, rząd rozważa wprowadzenie podatku od nadmiarowych zysków (windfall tax) dla koncernów paliwowych.
Na warszawskim parkiecie Orlen tracił po zapowiedzi ograniczenia cen paliw i możliwego podatku od nadmiarowych zysków, LPP zyskiwało po lepszych od oczekiwań wynikach i podniesieniu prognoz, a Dino mocno spadło po sygnałach słabszego popytu konsumenckiego.
Zobacz też: Czego „czarne łabędzie” uczą o inwestowaniu?
Wieści z rynku:
Dimensional Fund Advisors jako pierwszy zarządzający od wygaśnięcia patentu Vanguarda uruchomił giełdową klasę ETF istniejącego funduszu aktywnego. Analitycy oczekują, że to posunięcie zdecydowanie przyspieszy proces zatwierdzania podobnych wniosków, które zdążyły już złożyć dziesiątki innych podmiotów. Niektórzy twierdzą wręcz, że to przyczyni się do skokowego wzrostu liczby nowych ETF-ów, czyniąc aktywnie zarządzane fundusze znacznie bardziej dostępnymi dla szerokiego grona inwestorów detalicznych. W Polsce, o ile wszystko pójdzie zgodnie z założeniami Ministerstwa Finansów, tradycyjne mutual funds też będą mogły "wskoczyć" na giełdę. Pytanie tylko, czy... będą chciały.
Po raz pierwszy od lat pod kreską znalazł się BCRED – flagowy fundusz Blackstone zarządzający kwotą 83 mld USD. Akcje spółek takich jak Apollo czy Ares ostro pikują. Kluczowy problem dotyczy półpłynnych funduszy BDC, kierowanych do zamożnych klientów indywidualnych. Gdy ruszyła lawina żądań wykupów, obietnica łatwego wyjścia z inwestycji zderzyła się z brakiem gotówki. Zapalnikiem stała się ogromna ekspozycja portfeli na sektor oprogramowania. Błyskawiczny rozwój sztucznej inteligencji (AI) uderza w modele biznesowe spółek IT, rodząc obawy o ich wyceny i zdolność do spłaty długów. W efekcie JPMorgan zaczął ciąć wyceny zabezpieczeń, a Moody's obniża ratingi funduszom BDC. Widmo kryzysu dostrzega już Europa. Unijna ESMA wprost ostrzega przed ryzykiem systemowym, a w Luksemburgu wdrożono właśnie zasady zarządzania płynnością funduszy otwartych.
Nad Wisłą także funkcjonują fundusze oferujące okresową płynność na niepłynnych z natury aktywach, ale zarządzajacy nimi uspokajają. Amerykański rynek private debt to moloch wart 2 bln dol. (ok. 10 proc. PKB), podczas gdy polski stanowi zaledwie ułamek tej kwoty. Co jednak najważniejsze, krajowe fundusze nie mają ekspozycji na sektor IT, operują na znacznie niższych kwotach finansowania i nie wykorzystują dźwigni finansowej (lewarowanie).
Rynki długu reagują na geopolityczny wstrząs, skok cen energii i gwałtowną rewizję oczekiwań wobec stóp procentowych. Eksperci z branży uspokajają jednak nastroje, a analitycy szacują, że jeśli zmaterializuje się bazowy scenariusz zakończenia wojny w kwietniu, fundusze obligacji skarbowych wciąż mogą w tym roku przynieść od 6 do 8 proc. zysku. Kluczowe jest jednak to, że historyczne przeceny tego typu zazwyczaj były krótkotrwałe. Problem w tym, że rynkowe zawirowania mogą stanowić potężny test dla odporności psychicznej klientów bankowych TFI i wywołać paniczne wycofywanie środków. Dlatego równolegle zarządzający przestrzegają przed emocjonalnymi decyzjami: wyższe rentowności długu (obecnie ok. 5,85 proc. na polskich 10-latkach) oznaczają wyższy przyszły dochód dla funduszu, a najgorszym doradcą jest inwestowanie wyłącznie na bazie atrakcyjnych wyników historycznych przy ignorowaniu bieżącej sytuacji makroekonomicznej.
W odpowiedzi na obniżki stóp procentowych (referencyjna stopa NBP spadła do 3,75 proc.) powraca pytanie o koszty funduszy obligacji krótkoterminowych: skoro spadają zyski, czy nie powinny spaść również opłaty za zarządzanie? Przedstawiciele TFI zdecydowanie studzą jednak te oczekiwania. Podkreślają, że przy obecnych warunkach rentowność portfeli (YTM) wciąż oscyluje w granicach 4-5,5 proc., co pozwala generować zyski netto na poziomie 4-5 proc. rocznie. Kluczowe jest jednak to, że zdaniem zarządzających realna presja na cięcie opłat pojawi się dopiero, gdy stopy procentowe spadną do okolic 2 proc., na co – w obliczu wojny w Iranie i potencjalnych zawirowań inflacyjnych – na razie się nie zanosi. Problem w tym, że fundusze te, dysponujące potężnymi aktywami rzędu 137 mld zł, są dziś dla wielu TFI głównym silnikiem zysków, a z opłat za zarządzanie w dużej mierze utrzymują się także sieci dystrybucji (np. banki). Dlatego zamiast bezpośrednich obniżek, branża sugeruje, że oszczędności dla klientów powinny wynikać raczej ze zmian regulacyjnych, które wymusiłyby większą konkurencję wśród podmiotów obsługujących fundusze, takich jak agenci transferowi czy banki depozytariusze.
Branża ETF-ów w Europie ustanowiła nowy rekord z aktywami o wartości 3,53 bln USD i najwyższym w historii napływem kapitału od początku roku, który odnotowano pod koniec lutego.
To już trzeci fundusz pasywny z nowej linii produktowej TFI PZU, który w tym roku otrzymał zielone światło od Komisji Nadzoru Finansowego.
Millennium TFI uruchomiło cztery fundusze indeksowe na globalne indeksy notowane w złotych. Dzięki temu liczba krajowych TFI mających w ofercie fundusze pasywne wzrosła do sześciu.
Wartość aktywów zgromadzonych w ETF-ach na świecie osiągnęła na koniec lutego 2026 r. rekordowe 21,24 bln dol. To nie tylko nowy historyczny szczyt, ale także efekt wyjątkowo mocnych napływów kapitału, które od początku roku sięgnęły 451,99 mld dol. – najwięcej w historii dla tego okresu.
W 2025 roku segment instrumentów pasywnych na GPW osiągnął najwyższe w historii poziomy obrotów. Rozwój tego rynku wspiera zwiększająca się liczba dostępnych produktów. Łączna liczba ETF‑ów, ETC i ETN notowanych na GPW wzrosła do 28 instrumentów.
Franklin Templeton poinformował 26 marca o rejestracji pierwszych 13 funduszy ETF UCITS do dystrybucji w Polsce. Oferta zapewnia bazową ekspozycję na globalne akcje, poszczególne kraje, strategie klimatyczne oraz krótkoterminowe instrumenty o stałym dochodzie.
Podjął decyzję o rezygnacji z ubiegania się o powołanie na kolejną kadencję w zarządzie spółki.
27.03.2026
Źródło: Rawpixel.com / Shutterstock.com



Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Przejdź do logowania