Ten kraj inwestorzy omijają szerokim łukiem. Jest jeden kluczowy powód
Recep Erdogan chciał uczynić Turcję znowu wielką, ale tak się rozpędził w autorytarnych rządach, że - zamiast potęgi - powstał kraj, omijany przez inwestorów szerokim łukiem. I nie widać oznak, by ta sytuacja miała się szybko zmienić
Turecki rynek już dawno wypadł z radarów polskich zarządzających funduszami. Również inwestorzy zagraniczni omijają ten kraj szerokim łukiem. Nie ma się jednak, co dziwić. Recep Erdogan to dziś prawdopodobnie najbardziej skandaliczny wyraz tureckiej dyktatury. Dyktatury, która słono kosztuje gospodarkę i obywateli.
Reklama
- Autorytarne rządy Erdogana mocno ingerują nie tylko w politykę fiskalną, ale także monetarną. Do tego dochodzi konfrontacyjna polityka zagraniczna, czy to wobec sąsiadów (konflikty w Libii, Syrii, czy ostatni konflikt w Górskim Karabachu), czy sojuszników z NATO (USA) i Unii Europejskiej (konflikt migracyjny, zatargi z Francją, Grecją, Cyprem). Rosja w tej układance, raz staje się wrogiem (zestrzelenie samolotu), raz przyjacielem (kupno systemu przeciwlotniczego). Dodając do tego wewnętrzy kryzys polityczny, związany z nieudanym puczem wojskowym z 2016 r. i sposobem jego stłumienia przez tureckiego władcę, dostajemy mieszankę, która wywołuje jedynie strach i zniechęcenie wśród zagranicznych inwestorów - wyjaśnia Jarosław Niedzielewski, dyrektor departamentu inwestycji w Investors TFI.
Dość powiedzieć, że w tym roku giełda w Stambule jest najsłabszym (obok Brazylii i Kolumbii) rynkiem wschodzącym. Licząc w dolarze spadła o 35 proc. W tym czasie globalny indeks emerging markets wzrósł 5 proc.
Jeden winowajca
Ale to nie tureckie spółki przyczyniają się do tak słabej pozycji Turcji w relacji do reszty rynków wschodzących. Głównym winowajcą jest turecka lira, która - z krótkimi przerwami - systematycznie traci na wartości już od ponad siedmiu lat.
Od lat spada też udział inwestorów zachodnich w kapitalizacji, czy obrotach - zarówno na rynku obligacji jak i akcji w Turcji. Odzwierciedla to obawy związane z rosnącą inflacją, czy wyczerpywaniem się rezerw walutowych, oraz faktem, że sami Turcy uciekają od liry i wolą trzymać oszczędności w obcych walutach.
- Trudno się temu dziwić, skoro głównym kryterium jakie trzeba brać pod uwagę przy inwestycjach w tym kraju, nie są fundamenty spółek, czy perspektywy gospodarcze Turcji, tylko zachowanie jej waluty, której wartość determinuje zwrot z inwestycji dla zagranicznych inwestorów. Tegoroczny spadek liry o 40 proc. względem dolara, zniwelował kilkuprocentową zwyżkę głównego indeksu tureckiego parkietu. Dlatego katastrofa na rynku w Turcji dotyka w gruncie rzeczy inwestorów zagranicznych, a nie krajowych graczy - wskazuje Jarosław Niedzielewski.
Jedynie w piątek (6 listopada) lira potaniała do dolara o 1,7 proc., sięgając nowego historycznego minimum na poziomie 8,56 w stosunku do amerykańskiej waluty. A na tym nie koniec. Zdaniem analityka agencji Fitch negatywnie na turecką lirę może wpłynąć zwycięstwo Joe Bidena w wyborach prezydenckich w USA.
Erdogan dyktuje
Pod koniec września turecki bank centralny podniósł stopy procentowe o 200 punktów bazowych z 8,25 do 10,25 proc. Był to zwrot o 180 stopni w dotychczasowej polityce. Wcześniej bowiem bank centralny - oczywiście na rozkaz Erdogana - sukcesywnie obniżał stopy procentowe. Łagodzenie polityki pieniężnej wywołało gigantyczny popyt na kredyty zarówno ze strony przedsiębiorstw, jak i gospodarstw domowych. To z kolei podsyciło płomień inflacji i znacząco zwiększyło zadłużenie sektora prywatnego.
Dość powiedzieć, że cztery najważniejsze kluby piłkarskie w Turcji - Besiktas, Galatasaray, Fenerbahce i Trabzonspor - zaciągnęły dług wartości 1,8 miliarda dolarów. Powód? Erdogan marzył o piłkarskiej potędze. Kluby potrzebowały pieniędzy, by móc przyciągnąć międzynarodowe gwiazdy. Załamanie liry tureckiej, w połączeniu z wysychaniem dochodów w następstwie epidemii koronawirusa, doprowadziło wszystkie cztery kluby do finansowej riuny.
- Problemy gospodarcze są od lat te same: duże uzależnienie tureckich przedsiębiorstw od krótkoterminowych kredytów walutowych, obniżający się bilans handlowy i rosnący deficyt obrotów bieżących, którego stan pogorszył się ostatnio w wyniki zmniejszenia dynamiki eksportu i spadku przychodów z turystyki. W rezultacie rezerwy walutowe Turcji spadły od 2014 r. o blisko 70 proc. W samym 2020 r. stopniały o połowę. Dodatkowo działania banku centralnego, który już dawno stracił i autonomię i wiarygodność, są nieprzewidywalne - wylicza Jarosław Niedzielewski.
Specjalista wskazuje również, że realne stopy procentowe pozostają niskie albo nawet ujemne, a polityka fiskalna -mocno poluźniona w związku z pakietami stymulacyjnymi uchwalonymi w obliczu pandemii - jest nakierowana na rozkręcenie popytu wewnętrznego, kosztem spadku zaufania inwestorów do tureckiej waluty.
Nie widać światełka w tunelu
W takich warunkach, przy coraz niższym udziale Turcji w indeksie rynków wschodzących, zainteresowanie tureckimi akcjami i obligacjami jest i będzie coraz mniejsze. I nie widać, by sytuacja ta miała się szybko zmienić.
- Na dziś trudno jest dostrzec światełko w tunelu, jeśli chodzi o perspektywę poprawy sytuacji na tak wielu płaszczyznach, zarówno politycznych, jak i gospodarczych, które mogłyby zmienić podejście inwestorów zagranicznych i spowodować odwrócenie się trendu spadkowego na lirze na dłużej niż kilka tygodni czy kilka miesięcy. Sam wzrost zainteresowania rynkami wschodzącymi, przy tendencji do osłabienia dolara oraz wzrostu cen surowców, wraz z napływem pieniędzy do funduszy emerging markets, czyli czynniki, które przez wiele lat były konieczne do ustabilizowania sytuacji na tureckiej walucie i powodowały powrót zachodnich inwestorów na giełdę w Stambule, może nie być już wystarczający - uważa Jarosław Niedzielewski.
06.11.2020
Źródło: Shutterstock.com



Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Przejdź do logowania