Fed w coś gra – dziś może odkryć karty
W środę późnym wieczorem FED powie światu, dlaczego nie powinien panikować. Póki co, popanikujmy sobie trochę, bo coś się dzieje na tzw. rynku międzybankowym
Do XVIII wieku czarne łabędzie nie istniały, a przynajmniej tak uważali Europejczycy do czasu, gdy odkryli Australię. Wówczas okazało się, że nie możemy stwierdzić, że coś nie istnieje, tylko dlatego, że tego jeszcze nie widzieliśmy.
Reklama
Nassim Nicholas Taleb zatytułował tak swoją książkę. „Czarny łabędź” ukazał się w 2007 roku i wcale nie dotyczył badań ornitologicznych rynków finansowych. Wskazywał, że wydarzenia, które teoretycy finansów uważają za mało prawdopodobne, wydarzają się znacznie częściej, niż podpowiada rozum. Brak świadomości jakiegoś ryzyka nie oznacza, że ono nie istnieje – to jedna z głównych tez tej książki. W 2008 roku stała się bestsellerem, bo to o czym pisał Taleb, rynki finansowe zademonstrowały w całej okazałości. Przekonaliśmy się, że chciwość zaślepia nie tylko niedoświadczonych inwestorów, ale również zawodowców. A zaślepiła do tego stopnia, że bez interwencji rządów i banków centralnych mógł załamać się cały system finansowy.
To, co się wydarzyło w latach 2008–2009 rozkładane jest na czynniki pierwsze od ekonomistów aż po Margot Robbie w filmie „Big Short”. Skala załamania na rynkach finansowych i w gospodarce była tak gigantyczna, że można ją porównać do Wielkiego Kryzysu z lat trzydziestych ubiegłego stulecia. Jak do tej katastrofy doszło i jak świat został uratowany? Żeby to zrozumieć, warto prześledzić rolę banków centralnych, a zwłaszcza Rezerwy FEDeralnej (FED), czyli ich amerykańskiego odpowiednika.
Obejrzyj rozmowę, w której Rafał Bogusławski opowiada o działaniach FED:
W średniowieczu alchemicy szukali kamienia filozoficznego, by móc przemieniać ołów w złoto. Kroniki nie wspominają, czy komuś ta sztuka się powiodła, ale w czasach nowożytnych znaleziono znacznie łatwiejszy sposób tworzenia bogactwa. Banki mogą kreować pieniądz, co oznacza, ze mogą zwiększyć ilość pieniądza w gospodarce niemal dowolnie. Kreacja pieniądza polega na tym, że bank może pożyczać pieniądze, których nie ma. O ile banki komercyjne mają pewne ograniczenia w kreowaniu pieniądza (muszą utrzymywać część pieniędzy w skarbcu), to banki centralne mogą kreować pieniądz, dbając jedynie o to, by inwestorzy nie stracili zaufania do systemu finansowego. Bank centralny ustala również stopy procentowe, więc decyduje o koszcie pieniądza. To oznacza, że bank centralny jest w stanie wpływać na koniunkturę gospodarczą poprzez zmiany poziomu stóp procentowych i zwiększanie lub ograniczenie ilości pieniądza w sektorze bankowym.
O co chodzi w stopach procentowych – pisałem w tekście PPK versus niskie stopy
Po pęknięciu bańki internetowej w 2001 roku FED rozpoczął obniżanie stóp procentowych. Koszt pieniądza spadł z poziomu powyżej 6% do poziomu nieco ponad 1%. Taki ruch przyczynił się do ożywienia w gospodarce, ale również spowodował wzrost popytu na nieruchomości. No bo kto by nie wziął kredytu z niskimi ratami na fajną willę z basenem? FED widząc, że powstało trochę za dużo tych willi i basenów, w 2004 zaczął podnosić stopy procentowe. Do 2006 roku wzrosły do poziomu powyżej 5%. Taki wzrost kosztu pieniądza wyhamował hossę na rynku nieruchomości, ale okazało się, że skala bańki spekulacyjnej była już zbyt duża, by gospodarka była w stanie uniknąć recesji.
W 2008 roku ceny nieruchomości załamały się. Okazało się, że banki udzielały kredytów hipotecznych osobom o bardzo niskiej wiarygodności kredytowej – takim, którzy nie powinni brać nawet odkurzacza na raty. Amerykańska gospodarka zaczęła zwalniać. W efekcie wzrosło bezrobocie. To normalne i zazwyczaj przejściowe, gdyby nie te nieszczęsne wille na kredyt. Woda w przydomowych basenach zaczęła zachodzić mułem, bo ludzie przestali spłacać swoje długi. A spadek cen nieruchomości sprawił, że ich wartość spadła znacznie poniżej wartości udzielonego kredytu.
Banki znalazły się w pułapce, którą same na siebie przygotowały. Od 2007 roku FED ponownie obniżał stopy procentowe i pod koniec 2008 roku podstawowa stopa procentowa została sprowadzona do zera. To jednak było zbyt mało. We wrześniu 2008 upadł bank Lehman Brothers i panika na rynku była tak duża, że FED musiał interweniować bardziej zdecydowanie niż tylko obniżkami stóp procentowych.
W normalnej sytuacji banki pożyczają sobie pieniądze na rynku międzybankowym. Bardzo popularne są transakcje overnight, czyli umowa pożyczki do następnego dnia. Już od 2007 roku FED podejmował działania mające na celu utrzymanie płynności w sektorze bankowym. Jednak w październiku 2008 roku panika na rynku była tak duża, że banki przestały sobie pożyczać pieniądze. Taka sytuacja mogła szybko doprowadzić do upadku kolejnych banków. FED umożliwił bankom korzystanie z pożyczek overnight niemal bez ograniczeń, ułatwił również korzystanie z kredytów i pożyczek pod zastaw papierów wartościowych. Nie wnikając zbyt głęboko w techniczne rozwiązania, które zaoferował FED, w sumie pod koniec 2008 roku wartość programów zwiększania płynności w sektorze bankowym uruchomiona przez amerykański bank centralny przekroczyła 1 500 000 000 000 (biliona) dolarów.
W listopadzie 2008 FED rozpoczął również skup aktywów, zwany popularnie luzowaniem ilościowym (QE – quantitative easing). Nie bez przyczyny ten termin nic nie mówił „zwykłemu” człowiekowi. Miał brzmieć profesjonalnie, choć w praktyce chodziło o drukowanie pieniędzy. Luzowanie ilościowe polegało na skupowaniu z rynku papierów wartościowych, których posiadaczem stawał się FED. W zamian do systemu finansowego trafiała gotówka. Trwało to kilka kolejnych lat i w sumie amerykański bank centralny skupił aktywa o wartości 4,5 biliona dolarów. Dzięki tym działaniom FED (przy wsparciu rządu amerykańskiego, a dokładniej pieniądzom podatników) uratował świat od katastrofy, w której stworzeniu również brał udział, prowadząc politykę baaardzo taniego pieniądza (niskich stóp procentowych). Natomiast warto pamiętać, że każde działanie ma swoje konsekwencje i to co robił FED od 2007 roku ma wpływ na obecną sytuację na rynkach finansowych.
Podobno historia uczy jednego, że nie uczy niczego. I tu wracamy do teraźniejszości. Jeżeli we wrześniu 11 lat temu banki nie chciały sobie pożyczać pieniędzy ze względu na obawy o stabilność sektora finansowego i oprocentowanie pożyczek overnight wzrosło powyżej 7%, to co wydarzyło się we wrześniu 2019, skoro przy podstawowej stopie procentowej FED na poziomie 2%, oprocentowanie pożyczek overnight przekroczyło 10%? Co sprawiło, że na rynku międzybankowym zabrakło gotówki? Odpowiedź na to pytanie warta jest wspomnianych już bilionów dolarów.
FED w ostatnich latach starał się wycofać z ultraluźnej polityki monetarnej. Zaprzestał skupu aktywów, a ostatnio zaczął nawet podnosić stopy procentowe. Niektórzy analitycy twierdzą, że przyczyna zawirowań na rynku międzybankowym leży po stronie FED, który zbyt szybko zaczął zaostrzać politykę monetarną. Inni, że to skutek podwyższania wymogów kapitałowych wobec banków, które potrzebują więcej płynnych aktywów. Jeszcze inni dopatrują się dużo głębszych problemów sektora bankowego.
No dobrze, ale co faktycznie zrobił FED? Otóż, pod koniec września tego roku błyskawicznie zwiększył dostęp do pożyczek overnight dla banków do 60 mld dolarów miesięcznie, a w październiku limit zwiększył do 120 miliardów dolarów. Równocześnie FED zapowiedział skup bonów skarbowych o wartości 60 miliardów dolarów miesięcznie. Działania jak na fazę dobrej koniunktury gospodarczej zaskakujące. Nasuwa się więc pytanie: kto ma rację? Ci, którzy twierdzą, że są to sygnały zbliżającej się katastrofy, czy ci którzy uważają, że FED po prostu trzyma rękę na pulsie i nie pozwala na rozchwianie systemu.
Stara zasada z Wall Street mówi: nie walcz z FED-em. Nawet jeżeli wie o czymś, co zmusza go do prewencyjnego zwiększenia płynności w sektorze bankowym, to i tak krótkoterminowo mamy zwiększenie ilości pieniądza w systemie bankowym, co sprzyja zarówno rynkowi akcji, jak i obligacji. A może szef rezerwy FEDeralnej „przywołany do porządku” przez prezydenta Trumpa po prostu nie chce dopuścić do spadków na rynku akcji? Amerykańska koniunktura gospodarcza znacznie mocniej uzależniona jest od zachowania rynków akcji, niż na przykład europejska, bo znacznie więcej Amerykanów inwestuje na giełdzie.
Dla przeciętnego inwestora, bez dostępu do „tajemnych danych” odpowiedź na to pytanie może być trudna. Tym bardziej dzisiejsza konferencja po posiedzeniu FED jest warta uwagi. Obniżka stóp procentowych, już trzecia w tym cyklu, wydaje się przesądzona, natomiast wyjaśnienie działań podjętych przez FED w ostatnich dwóch miesiącach i plany na kolejne będą tym, na co inwestorzy czekają najbardziej.
„Obyś żył w interesujących czasach” – mawiają Chińczycy i jest to bardziej przekleństwo, niż życzenie pomyślności. Kolejne lata z pewnością przyniosą wiele zaskakujących wydarzeń, natomiast jestem przekonany, że kryzys z lat 2008–2009 nie powtórzy się, a przynajmniej nie powtórzy się w takiej formie. Obecne działania FED pokazują, ze historia jednak czegoś uczy, przynajmniej niektórych. Zapobieganie rozlewaniu się paniki amerykański bank centralny ma już opanowane. Ale jest pytanie, na które nie znamy odpowiedzi: gdzie są granice wspierania wzrostu gospodarczego przez bank centralny? Okres dobrej koniunktury po 2009 w USA jest najdłuższym w historii i kiedyś przyjdzie spowolnienie. Wówczas przekonamy się, że nawet FED nie jest wszechmocny. Wygląda jednak na to, że to jeszcze nie dziś.
30.10.2019
Źródło: Athitat Shinagowin / Shutterstock.com



Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Przejdź do logowania