Ropa znów drożeje. Wojny, deficyt podaży i topniejące zapasy pchają Brent w stronę 100 USD
Cena ropy Brent ponownie zbliża się do psychologicznej bariery 100 dolarów za baryłkę. Tym razem za zwyżką stoi nie tylko premia za ryzyko geopolityczne. Światowy rynek faktycznie zużywa więcej ropy, niż jest w stanie na bieżąco otrzymać, a brakujące baryłki są uzupełniane z coraz szczuplejszych zapasów.
Wojna USA z Iranem ogranicza dostawy z Zatoki Perskiej, wojna Rosji z Ukrainą uderza w rosyjskie rafinerie i infrastrukturę eksportową, a strategiczne i komercyjne magazyny przestają być tak skutecznym buforem jak jeszcze kilka miesięcy temu.
We wtorek 8 września rano ropa Brent kosztowała około 97,5 dolara za baryłkę, a amerykańska WTI około 93 dolarów. To najwyższe poziomy od końca lipca. Inwestorzy ponownie wyceniają ryzyko przedłużającej się wojny amerykańsko-irańskiej oraz dalszych zakłóceń w transporcie surowca przez cieśninę Ormuz.
Wykres ropy Brent:
Ale obecna fala wzrostowa różni się od klasycznego, krótkotrwałego skoku cen po wybuchu konfliktu militarnego. Problemem jest coraz bardziej widoczny fizyczny deficyt ropy i produktów naftowych!
Rynek ma deficyt ropy. Brakuje około 1,8 mln baryłek dziennie (a być może więcej)
Międzynarodowa Agencja Energetyczna szacowała w sierpniowym raporcie, że w III kwartale 2026 r. światowy rynek ropy będzie wykazywał deficyt rzędu 1,8 mln baryłek dziennie. Jeszcze miesiąc wcześniej IEA oczekiwała niedoboru na poziomie około 800 tys. baryłek dziennie.
To gwałtowne pogorszenie bilansu.
Globalna podaż wprawdzie odbiła w lipcu do 101,5 mln baryłek dziennie, ale pozostawała aż 6,3 mln baryłek dziennie poniżej poziomu sprzed roku. Jednym z głównych powodów były zakłócenia na Bliskim Wschodzie. Według IEA w lipcu około 8,3 mln baryłek dziennie potencjalnej produkcji państw Zatoki pozostawało wyłączone.
Rynek radził sobie z tym niedoborem, sięgając do magazynów. To rozwiązanie może działać miesiącami, ale nie bez końca.
Wojna USA – Iran odcięła część Zatoki Perskiej od świata
Najważniejszym źródłem napięcia pozostaje wojna USA z Iranem i sytuacja w cieśninie Ormuz.
W czasach pokoju jest to jedna z najważniejszych arterii transportu surowców energetycznych na świecie. Transportowana jest przez nią znacząca część ropy wydobywanej przez Arabię Saudyjską, Irak, Kuwejt, Zjednoczone Emiraty Arabskie czy sam Iran.
Według danych cytowanych 8 września przez Reutersa dostawy ropy od producentów z Bliskiego Wschodu wynoszą obecnie około 11 mln baryłek dziennie wobec około 18 mln baryłek przed rozpoczęciem wojny z Iranem.
To właśnie dlatego każda informacja o ataku na tankowiec, terminal eksportowy, rafinerię czy instalację naftową natychmiast przekłada się na ceny kontraktów.
Reklama
Ostatnia eskalacja konfliktu ponownie zwiększyła obawy o bezpieczeństwo transportu przez Ormuz. Iran zapowiedział możliwość odpowiedzi na kolejne amerykańskie ataki, a wcześniejsze uderzenia objęły również jednostki związane z transportem ropy. Rynek musi więc brać pod uwagę scenariusz, w którym transport przez cieśninę ponownie mocno spadnie.
Dlatego do czysto fizycznego niedoboru baryłek dochodzi premia za ryzyko. Kupujący są skłonni płacić więcej za ropę dostępną natychmiast, bo nie mają pewności, jaka będzie podaż za kilka tygodni.
Rosja – Ukraina: druga wojna uderza w rafinerie
Problem Bliskiego Wschodu nakłada się na konsekwencje wojny Rosji z Ukrainą.
Ukraina od wielu miesięcy prowadzi ataki na rosyjskie rafinerie, terminale, przepompownie i inną infrastrukturę naftową. Ich znaczenie dla światowego rynku jest nieco inne niż w przypadku problemów w Zatoce Perskiej.
Rosja nadal może eksportować znaczące ilości surowej ropy. Uderzenia ograniczają jednak przede wszystkim jej zdolność do przerobu ropy na benzynę, olej napędowy czy paliwo lotnicze.
IEA wskazywała, że ataki na rosyjskie rafinerie wraz z problemami bliskowschodnich zakładów obniżyły prognozę światowego przerobu ropy w III kwartale o kolejne 370 tys. baryłek dziennie. W lipcu globalny przerób wynosił 80,9 mln baryłek dziennie i był prawie 5 mln baryłek dziennie niższy niż rok wcześniej.
Efektem są szczególnie napięte rynki oleju napędowego, paliwa lotniczego i innych destylatów.
To ważne także dla ceny samej ropy. Jeśli część rafinerii znika z rynku, pozostałe zakłady zwiększają zapotrzebowanie na określone gatunki surowca, a dostępne strumienie ropy muszą być transportowane na większe odległości. Rosną więc nie tylko ceny produktu, lecz również koszty całego systemu logistycznego.
Zapasy ratowały rynek. Teraz zaczynają niepokojąco topnieć
Przez pierwsze miesiące kryzysu świat miał jeszcze jeden potężny bezpiecznik: zapasy.
Państwa mogą uwalniać strategiczne rezerwy, a rafinerie oraz firmy handlowe korzystać z zapasów komercyjnych. Dzięki temu nawet duży szok podażowy nie musi natychmiast wywołać eksplozji cen.
Problem polega na tym, że ten bufor jest coraz mniejszy.
Według IEA w lipcu obserwowane globalne zapasy ropy zmniejszyły się o kolejne 69 mln baryłek. Od końca lutego do końca lipca spadły łącznie o około 410 mln baryłek, czyli przeciętnie o około 2,7 mln baryłek dziennie.
Łączne obserwowane zapasy znalazły się poniżej 7,9 mld baryłek – najniżej od kwietnia 2025 r.
Jeszcze bardziej wymowna była sytuacja z rezerwami państwowymi. Już w maju IEA informowała, że zapasy rządowe państw OECD spadły od początku konfliktu o około 163 mln baryłek i znalazły się na najniższym poziomie od grudnia 1990 r.
Nie oznacza to, że strategiczne magazyny są puste. Oznacza jednak, że ich zdolność do neutralizowania kolejnego dużego szoku jest wyraźnie mniejsza.
Amerykańska rezerwa strategiczna mocno uszczuplona
Szczególnie dobrze proces ten widać w Stanach Zjednoczonych.
Na koniec tygodnia zakończonego 28 sierpnia amerykańska Strategic Petroleum Reserve zawierała około 286,6 mln baryłek ropy. Rok wcześniej było to 404,7 mln baryłek.
W ciągu roku amerykańska rezerwa zmniejszyła się więc o około 118 mln baryłek, czyli 29%.
Sam tylko ostatni raportowany tydzień przyniósł spadek SPR o kolejne 3,1 mln baryłek.
To istotne dla inwestorów. Jeżeli w kolejnych miesiącach doszłoby do jeszcze poważniejszego ograniczenia dostaw z Bliskiego Wschodu, Waszyngton nadal dysponowałby dużym zapasem interwencyjnym, ale przestrzeń do agresywnego uwalniania ropy byłaby znacznie mniejsza niż wcześniej. Zwłaszcza, że wydobywanie tej ropy z naturalnych zbiorników, w których jest przechowywana ma swoje ograniczenia. Niektórzy eksperci twierdzą, że USA nie powinny wydobywać ropy jeśli poziom zapasów spadnie poniżej 300 milionów baryłek, bo mogą trwale uszkodzić cały system.
Zapasy komercyjne również pod presją
Napięcie nie ogranicza się do strategicznych magazynów.
Według EIA amerykańskie komercyjne zapasy ropy spadały co tydzień od 17 kwietnia do 26 czerwca. W samym maju zmniejszyły się o około 25 mln baryłek, w czerwcu o kolejne 15 mln, a w lipcu o następne 4 mln.
EIA spodziewa się, że komercyjne zapasy ropy w USA pozostaną poniżej dolnej granicy pięcioletniego przedziału aż do końca 2026 r. Przyczyną są wysokie moce przerobowe rafinerii, mocny eksport amerykańskiej ropy i niższy import.
W ostatnim dostępnym tygodniu, zakończonym 28 sierpnia, zapasy komercyjne wynosiły 424,5 mln baryłek i spadły o około 4,5 mln baryłek w ciągu tygodnia. W ujęciu rok do roku były jednak nadal nieznacznie wyższe – o 0,9%. Dlatego bardziej precyzyjne jest mówienie o silnej presji na zapasy i ich ostatnim spadku niż o głębokim spadku rok do roku.
OPEC+ na razie nie rzuca rynkowi koła ratunkowego
Teoretycznie rosnące ceny mogłyby skłonić OPEC+ do zwiększenia podaży. Tyle że sytuacja jest bardziej skomplikowana.
Po spotkaniu 6 września siedem państw OPEC+, w tym Arabia Saudyjska, Rosja, Irak, Kuwejt i Kazachstan, zdecydowało się utrzymać w październiku poziomy produkcji przewidziane na wrzesień.
Rynek nie otrzymuje więc na razie sygnału o szybkim i znaczącym zwiększeniu podaży.
Co więcej, nominalne moce wydobywcze mają dziś mniejsze znaczenie niż zwykle. Nawet jeśli baryłka może zostać wydobyta, trzeba ją jeszcze przetransportować przez bezpieczny szlak, dostarczyć do sprawnej rafinerii, przerobić i wysłać produkt do odbiorcy. Obecny kryzys dotyczy całego łańcucha dostaw.
Dlaczego ropa nie kosztuje już 120–130 dolarów?
Przy tak napiętym rynku można zadać odwrotne pytanie: dlaczego Brent nadal pozostaje poniżej 100 dolarów?
Odpowiedzią jest przede wszystkim słabszy popyt.
Wysokie ceny paliw, ograniczona dostępność produktów i zakłócenia handlowe zaczęły osłabiać część popytu. IEA prognozuje, że światowe zużycie ropy w całym 2026 r. może spaść o około 1,6 mln baryłek dziennie.
To działa jak naturalny hamulec dla cen.
Drugim czynnikiem jest fakt, że mimo wojny pewna część ropy nadal przepływa przez Ormuz, a rynek reaguje niezwykle gwałtownie na każdą informację sugerującą możliwość zawieszenia broni lub poprawy bezpieczeństwa żeglugi.
Dlatego ceny potrafią zmieniać się o kilkanaście czy kilkadziesiąt dolarów w krótkim czasie.
Kluczowym problemem nie jest dziś sama wojna, lecz znikający bufor bezpieczeństwa
Najważniejszym czynnikiem dla rynku ropy w kolejnych miesiącach może nie być nawet sama skala bieżących zakłóceń, ale coraz mniejsza odporność systemu na kolejny szok.
Świat przez kilka miesięcy rekompensował niedostateczną podaż, zużywając zapasy. Rządy uwalniały rezerwy strategiczne, firmy korzystały z magazynów komercyjnych, a odbiorcy zmieniali kierunki importu.
Ten mechanizm ma jednak granice.
Jeżeli wojna USA – Iran będzie się przedłużać, przepustowość cieśniny Ormuz ponownie spadnie, a Ukraina utrzyma wysoką skuteczność ataków na rosyjskie rafinerie i infrastrukturę eksportową, rynek wejdzie w jesień z dużo mniejszą poduszką bezpieczeństwa.
Wtedy kolejny milion baryłek dziennie utraconej podaży może mieć na cenę znacznie większy wpływ niż taki sam ubytek kilka miesięcy wcześniej.
Dlatego okolice 100 dolarów za baryłkę nie muszą być sufitem.
Jednocześnie inwestorzy powinni pamiętać o drugiej stronie równania. Trwałe otwarcie cieśniny Ormuz, porozumienie USA z Iranem albo odbudowa produkcji na Bliskim Wschodzie mogłyby szybko odwrócić obecny deficyt. IEA spodziewa się, że przy normalizacji dostaw globalna podaż może w 2027 r. bardzo mocno odbić.
Na razie jednak rynek płaci coraz wyższą cenę za kombinację trzech zjawisk: fizycznego deficytu ropy, dwóch wojen uderzających w kluczowe centra produkcji i przerobu oraz topniejących zapasów, które przez ostatnie miesiące maskowały skalę problemu. Im mniejszy pozostaje ten bufor, tym bardziej cena baryłki będzie reagowała na każdą kolejną eskalację. Szkodzi to obligacjom, a pomaga koncernom paliwowym, których notowania rosną.
08.09.2026
Źródło: GreenOak / Shutterstock.com




Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Przejdź do logowania