B.Pawłowski o inwestowaniu w złoto: nie warto wsiadać do tego pociągu

15.07.2019 | analizy.pl

Wszyscy mówią o złocie – jego ceny rosną, kupuje je NBP. Ale Bartosz Pawłowski z mBanku przekonuje, że inwestowanie w złoto jest pomysłem archaicznym. Lepszą „bezpieczną przystanią” są amerykańskie obligacje skarbowe 

Pociąg do złota jest coraz silniejszy. Jak w tej sytuacji nie wsiąść do tego pociągu? Na takie pytanie Bartosz Pawłowski, CIO w bankowości prywatnej mBanku odpowiada: „po prostu nie wsiadać”
 
Robert Stanilewicz, Analizy Online (RS): To jest rozmowa pod tytułem „dlaczego nie lubię złota”. Dlaczego nie? Posiadanie woreczka złotych monet byłoby pewnie czymś miłym. Wszyscy ostatnio mówią o złocie i złoto kupuje NBP, pociąg do złota jest coraz silniejszy. Co robić w tej sytuacji?
 
Bartosz Pawłowski CIO, bankowość prywatna, mBank (BP): Po prostu nie wsiadać. Ja jak rozmawiam o złocie, to traktuje je w kategoriach dogmatyczno-religijnych. Osoby, które nawołują do nabywania złota, żyją trochę nie w XXI-wiecznej rzeczywistości. To są zaszłości sprzed setek lat, które jeszcze zostały i rzeczywiście to jest popularne. Bardzo łatwo jest przyjść do kogoś i powiedzieć „bądź bezpieczny, trzymaj 10 czy nawet 20 procent swojego portfela w złocie”, natomiast fakty są takie, że to po prostu nie działa. 
 
RS: Złoto musi być w portfelu, bo równoważy jego wyniki.
 
BP: Ale który portfel? To jest nieprawda. Rzeczywiście w ostatnich tygodniach złoto wzrosło, ale pamiętajmy, że to jest w sytuacji, gdy amerykański indeks [S&P 500, przyp.] osiągnął 3 tysiące punktów, jest 20% wyżej niż na początku roku. Nawet niemieckie obligacje dziesięcioletnie, których rentowności są w okolicy zera, gdyby ktoś je kupił 30 grudnia, to do dzisiaj zarobiłby około 8%. Więc jesteśmy w sytuacji, gdzie większość rynków w tym roku rośnie, a akurat złoto wygląda najsłabiej. Nawet tak bardzo nielubiany przez wielu i przeze mnie indeks sWIG80 dał zarobić  więcej niż złoto. Więc złoto jest rzeczywiście instrumentem finansowym, który od czasu do czasu rośnie, ale to nie znaczy, że trzeba go zawsze mieć w portfelu.
 
RS: Co jakiś czas odżywa przeświadczenie, że system finansowy musi wrócić do złota, głównie przez to, co robią banki centralne. Poza Fedem, największe banki centralne nie mają przestrzeni do obniżania stóp procentowych. Poza tym przyjdzie czas, że trzeba będzie wspierać gospodarki fiskalnie, a nie tylko monetarnie. Wtedy przyjdzie inflacja. A jak inflacja, to złoto.
 
BP: No tak, tylko że to słychać już od wielu lat. Kryzys już jest 10 lat szczęśliwe za nami, w tym czasie i Fed, i Bank Anglii, i Bank Szwecji i Europejski Bank Centralny, i Bank Japonii i Bank Szwajcarii i jeszcze parę innych „nadrukowały” pieniędzy kilka ładnych bilionów dolarów. Mówiono o tym, że to spowoduje inflację. No i co? Gdzie ona jest? Borykamy się z deflacją. I znowu – nawet jeśli byśmy na chwilę założyli, że będzie ta stymulacja fiskalna. Co ma z tym wspólnego jakiś żółty metal, gdzie tu jest to połączenie? Nie jesteśmy trzy tysiące lat temu, gdzie mieliśmy te sztabki i one może rzeczywiście coś znaczyły, bo były rzadkie. W tej chwili nikt się tym nie przejmuje. 
 
RS: Ale jeśli inflacja się pojawi...
 
BP: To podniesiemy stopy procentowe
 
RS: To wtedy złoto będzie jakimś zabezpieczeniem…
 
BP: Nie będzie. Ostatnim czasem, kiedy złoto było zabezpieczeniem dla inflacji, były lata siedemdziesiąte. To ma kluczowe znaczenie, bo 75 lat temu, w lipcu w Stanach Zjednoczonych miała miejsce konferencja w Bretton Woods, gdzie pod koniec wojny stwierdzono, że kraje muszą ze sobą zacząć współpracować. Bo kraje, które mają wymianę handlową generalnie się ze sobą nie biją. Jest nawet takie powiedzenie, że nie było wojny w historii dwóch krajów, w których są restauracje McDonald’s. Handel po prostu nie sprzyja walkom. Ale handel to są też waluty, dlatego trzeba było coś ustalić i wtedy, w roku 1944 stwierdzono, że ustalimy sobie waluty na jakimś parytecie i przywiążemy je do złota, bo to była taka rzecz, co do której wszyscy się zgodzili. Wtedy powstał też Międzynarodowy Fundusz Walutowy i tak dalej. I to rzeczywiście działało. W 1971 roku Nixon powiedział koniec. W 1973 roku system się rozleciał i rzeczywiście – początkowo, jak ludzie usłyszeli, że już mój pieniądz nie jest przywiązany do złota, że tych moich banknotów ja nie wymienię... przynajmniej nie po stałym kursie, i nie wiadomo jaki ten kurs będzie, to się trochę wystraszyli. Była inflacja i przyszły banki centralne, przyszedł Volker, podniósł stopy procentowe. Okazało się, że z inflacją walczymy stopami procentowymi, a nie jakimś jednym czy drugim metalem, który trzymamy w sejfie, czy pod ziemią czy gdziekolwiek indziej.
 
RS: Ja nie twierdzę, że złoto zatrzyma inflację, tylko że złoto może być zabezpieczeniem przed inflacją właśnie wtedy, kiedy inflacji nie da się opanować nawet stopami procentowymi, bo bank centralny się spóźni. Wówczas kruszec będzie szedł w górę i to zabezpieczy wartość portfela.
 
BP: Tylko że to miało sens w momencie, gdy my, społeczeństwo, wiązało banknoty z zabezpieczeniem. Nawet nazwa naszego pieniądza – „złoty”, wcześniej był „gulden” w Holandii…
 
RS: To może wrócimy do tego? Nie ma powrotu do przywiązania waluty do złota?
 
BP: Czym płacimy? Płacimy zbliżeniowo, płacimy blikiem, pieniądz to jest coś ....
 
RS: Pieniądz to jest zaufanie, gdybyśmy przestali ufać w to, że pieniądz jest pieniądzem, to przestałby funkcjonować.
 
BP: Gdybyśmy przestali ufać, że państwo jest państwem,  to państwa przestałyby funkcjonować. Dużo rzeczy jest opartych o zaufanie. Ale po co mamy przestać ufać? Po co właściwie mielibyśmy to robić, skoro ja płacąc podatki, kupując sobie kawę czy cokolwiek innego, o wiele wygodniej mogę zrobić przelew przy pomocy telefonu komórkowego albo blika albo czegokolwiek innego. Jaki miałby być powód tego powrotu do złota, zwłaszcza że  każde kolejne pokolenie, i na to są badania, już w ogóle ze złotem nie wiąże żadnej przyszłości. Ludzie młodzi w tej chwili są bardziej zachwyceni kryptowalutami i tego typu rzeczami, a nie złotem.
 
RS: Ok, a jakaś globalna finansowa katastrofa? Może się coś takiego zdarzyć. Militarna katastrofa…
 
BP: Ok, i ja mam na to odpowiedź. Wtedy o wiele lepszą lokatą kapitału byłyby np. amerykańskie obligacje. Różnica zasadnicza polega tutaj na tym, że o ile ja kupując złoto muszę zapłacić kilka procent za jego przechowywanie, o tyle, gdy kupuje obligacje, to rząd amerykański płaci mi. 
 
RS: Ale przecież w przypadku złota mamy co najmniej dwie formy inwestowania. Albo kruszec w postaci fizycznej albo instrumenty finansowe oparte na złocie. W przypadku kruszcu mam go gdzieś w pobliżu prawdopodobnie, schowane, zabezpieczone, a w przypadku instrumentów finansowych nie.
 
BP: To ja jeszcze tę formułę, taki woreczek złotych monet, jeszcze bym rozumiał, jak ktoś ma jakąś taką lekką paranoję to ok. A le kupowanie złota w formule kontraktów terminowych na wypadek wojny? Przecież, jak będzie wojna, to ten system finansowy i tak będzie miał swoje problemy, więc do tych pieniędzy i tak nie dotrzemy. Jest mnóstwo instrumentów finansowych, jesteśmy w 2019 roku – mamy ETF-y, mamy dostęp do globalnych rynków, każdy może w telefonie handlować, inwestować, robić to, co mu się żywnie podoba. Po co złoto? Jedyna rzecz, którą dopuszczam w moim podejściu inwestycyjnym – rynek złota na świecie to jest jeden z najbardziej płynnych rynków. Tym można handlować 24 godziny na dobę, tak jak walutami i rzeczywiście, jeżeli ktoś się czuje na tyle pewny siebie, że może handlować, rano kupić, wieczorem sprzedać, taki day trading, to proszę bardzo, ale to działa tak jak w przypadku walut, gdzie nawet KNF podaje badania, że 85 procent osób traci na tym rynku. Więc, jeżeli mówimy o takim handlowaniu intraday, to ok. Można kryptowalutą handlować, można spółkami na polskiej giełdzie i można złotem, ale trzymanie tego w portfelu po prostu nie przystaje do obecnej rzeczywistości i nie ma poparcia w faktach.
 
RS: A jak ktoś mi mówi, że „za złotem przemawiają fundamenty”, to jak mam to rozumieć? 
 
BP: No nie wiem, pewnie mu chodzi o to, że tego złota jest na Ziemi jakaś skończona ilość, w związku z czym podaż jest ograniczona. Chyba o to mu chodzi, ale to jest po prostu nieprawda. 
 
RS: No to jest prawda, że podaż jest ograniczona 
 
BP: No, ale gdzie tu są te fundamenty? Wycena aktywa polega na tym, ile to aktywo przyniesie mi przepływów pieniężnych w przyszłości w formule dywidendy, w formule kuponu, czegokolwiek innego. Co tutaj z tego mamy poza jakąś świadomością, że jestem bezpieczny? No jeżeli ktoś ją ma, to może to jest warte, jeżeli ktoś się czuje naprawdę lepiej, bo ma te trzy sztabki złota w domu. Ja na przykład czuję lepiej z fajnym obrazem na ścianie.
 
RS: A czy powinniśmy się czuć lepiej z tego powodu, że Narodowy Bank Polski będzie miał więcej złota? Dokupuje to złoto i my dopiero będziemy dobijać do tego udziału złota w rezerwach, jaki jest w innych krajach na zachodzie, np. we Francji, Niemczech itd. 
 
BP: Sposób zarzadzania rezerwami w bankach centralnych jest po pierwsze mało przejrzysty – to znaczy my nie do końca wiemy, jakie są powody tego, że bank centralny kupuje. Po drugie horyzont inwestycyjny jest inny, bo on się liczy w dziesiątkach lat. Po trzecie jednak tych rezerw w złocie mamy mało. Ale przede wszystkim zwróciłbym uwagę, że tych banków centralnych, które kupują złoto na świecie, nie jest zbyt dużo. I nasz NBP stoi w tej samej linii co chyba Węgrzy, Rosjanie i Chińczycy.
 
RS: NBP stoi też w linii z tymi, które miały mało złota w rezerwach.
 
BP: No ale np. Europejski Bank Centralny praktycznie nie ma rezerw i co z tego? Nie jestem w stanie powiedzieć, dlaczego NBP kupuje złoto. NBP w swoich operacjach ma pewnie dziennie dziesiątki transakcji. Kupuje obligacje, kupuje w tych walutach, w tamtych walutach, złoto jest cały czas jakąś tam małą częścią i wynika z zaszłości historycznych – pokazuje społeczeństwu, że ma trochę rezerw w złocie. No ale bądźmy logiczni, jeśli boimy się jakichś katastrof, to naprawdę myślimy, że te 3% złota nas ochroni?
 
RS: Co w portfelu zamiast złota? 
 
BP: Portfel to przede wszystkim powinny być aktywa takie jak akcje i obligacje. I to zglobalizowane na całym świecie – trochę w Stanach, trochę w Europie, trochę w Azji. Przecież przez te ostatnie 9-10 lat my widzieliśmy na rynku prawie wszystko. Mieliśmy kryzys w strefie euro, mieliśmy brexit, mieliśmy Trumpa, Rosja najechała na Ukrainę, baliśmy się deflacji, baliśmy się inflacji, banki centralne drukowały, Korea miała testy jądrowe i w żadnym wypadku, poza jakimś dniem lub dwoma nie było wzrostu cen złota, podczas gdy np. Korea miała jakieś nowe testy jądrowe albo gdy w Iranie się coś złego działo albo gdy mieliśmy brexit, w ówczas inwestorzy uciekali do obligacji amerykańskich. To jest rzecz, która po pierwsze daje nam zarobić – w formie kuponu – a po drugie w sytuacjach naprawdę kryzysowych, to tam płynie kapitał, więc róbmy portfel, który jest złożony z akcji, z obligacji w zależności od tego, jakie mamy preferencje do ryzyka, jaki mamy horyzont inwestycyjny. Owszem, złoto możemy sobie traktować jako folklor i myślimy, że jak jedna z drugą kreską nam się na wykresie przetnie, to pójdzie do góry, ale nie róbmy sobie krzywdy trzymając stałą część złota w portfelu.
 
 

TAGI:

Bartosz PawłowskiRobert Stanilewiczzłoto

Popularne


zobacz także

↑ na górę