Perpetuum mobile, czyli pompowanie wzrostu
Sezon obietnic przedwyborczych został rozpoczęty. Prezes PiS zapowiedział podwyższenie 500+ do 800 złotych, darmowe leki dla seniorów i bezpłatne autostrady. Kto za to zapłaci? Jarosław Kaczyński trafnie zauważył, że przecież nie on. To akurat prawda, natomiast warto spojrzeć na model gospodarczy, który zaproponowało PiS i jego konsekwencje.
Chodzi o skutki takiego modelu dla wzrostu gospodarczego i inflacji w nieco dłuższej perspektywie niż kilka kwartałów.
Po wprowadzeniu 500+ w 2016 roku Polska dostała impuls wspierający konsumpcję i w tamtym momencie to był bardzo dobry ruch. Po okresie zaciskania pasa, który był pochodną wielkiego kryzysu finansowego nasza gospodarka potrzebowała takiej stymulacji. Czy sposób tej stymulacji był najlepszy z możliwych, to już inna kwestia, ale podbicie konsumpcji było potrzebne.
Reklama
Efekty nie ujawniły się w 2016 roku i jeszcze w 2017 wydawało się, że wpływ „keynesowskiego efektu mnożnikowego” na naszą gospodarkę będzie umiarkowany. Ten efekt to pozytywny wpływ dodatkowych wydatków rządowych na wzrost gospodarczy polegający na tym, że zwiększenie konsumpcji o 1 punkt procentowy przekłada się na większy wzrost gospodarki, niż wynikałoby to z procentowego udziału konsumpcji w PKB. Większa konsumpcja to większy dochód firm, a również większe dochody pracowników, bo firmy muszą zwiększać zatrudnienie, większe inwestycje itd. Gospodarka na takim ruchu zyskuje, pod warunkiem, że wcześniej nie była przegrzana. Polska gospodarka w 2016 mierzyła się z marazmem, więc przegrzana nie była na pewno.
Dlaczego efekt mnożnikowy nie pojawił się od razu? Konsumenci postanowili najpierw spłacić „chwilówki”, a potem ogołocili niemieckie „szroty” z samochodów. To oczywiście nieco żartobliwe ujęcie, ale Polacy najpierw postanowili zwiększyć swoje bezpieczeństwo finansowe, więc nie zwiększyli konsumpcji, a potem część wydatków poprawiła koniunkturę w Niemczech, a nie w Polsce. Jednak już w 2018 widać było, że transfery socjalne działają. W 2019 mieliśmy rozpędzoną gospodarkę, ale PiS przed wyborami postanowił ją podgrzać, oferując 500+ na pierwsze dziecko. Po drodze były transfery socjalne dla emerytów i w ten sposób pod koniec 2019 roku mieliśmy wzrost gospodarczy i rozpędzającą się inflację.
Gdyby nie kryzys wywołany lockdownami, inflacja w Polsce w 2020 roku przekroczyłaby zapewne poziom 8%, być może nawet 10%, równocześnie w 2021 mielibyśmy problem z utrzymaniem wzrostu gospodarczego na wysokim poziomie. Niski poziom inwestycji jest bolączką, która w dłuższej perspektywie redukuje potencjalny wzrost PKB, a z tym mamy do czynienia w Polsce od 2015 roku. Udział inwestycji w PKB w 2015 roku wynosił 20,4%, a w 2022 tylko 16,8%.
Wzrost świadczenia z 500 złotych do 800 tak naprawdę jest urealnieniem jego wartości w porównaniu z 2016 rokiem. Inflacja zjadła część realnej wartości tego świadczenia i jeżeli rząd nie chce dopuścić do spadku konsumpcji (a realna siła nabywcza gospodarstw domowych na skutek inflacji spadła), to musi rozdać pieniądze na konsumpcję. Tylko tu właśnie pojawia się problem.
Kiedy inflacja się rozpędza, bo koniunktura gospodarcza jest na wyrost w stosunku do mocy wytwórczych gospodarki (plus oczywiście szoki związane z cenami energii), to dochody budżetowe rosną. Nie dość, że gospodarka rośnie, to działa jeszcze podatek inflacyjny, czyli kwoty podatku VAT płacimy od wyższych cen netto itd. Rząd ma więcej pieniędzy i może je transferować na konsumpcję. W przypadku rządów PiS warto wrócić uwagę, że w ciągu 8 lat wzrosło lub pojawiło się 30 podatków (czyli według polityków partii rządzącej danin), w efekcie udział podatków w PKB wzrósł o 4 punkty procentowe. Okazuje się, że i to jest mało, bo w tym roku deficyt sektora finansów publicznych (według danych Eurostatu, które bazują na danych przekazanych przez polski rząd) przekroczy 160 miliardów złotych.
Kiedy rząd dodatkowymi transferami pieniędzy rozpędza koniunkturę i inflację, to wydaje się, że może to trwać w nieskończoność. Wyższy wzrost gospodarczy i inflacja zapewniają dochody budżetowi, a więc można jeszcze więcej przekazać „suwerenowi”, po drodze dokręcając śrubę podatkową, zazwyczaj tym bardziej zaradnym. Perpetuum mobile zacina się jednak wtedy, gdy słabnie wzrost gospodarczy i spada inflacja. Gwałtownie spadają dochody budżetu i nagle okazuje się, że jedynym sposobem podtrzymania koniunktury jest finansowanie konsumpcji kosztem szybko zwiększanego długu publicznego.
Większe wydatki rządowe, które zostaną przeznaczone na konsumpcję, są w tej chwili sposobem nie na rozpędzenie gospodarki, ale na zapobieżenie jej wpadnięciu w recesję. Wzrost gospodarczy oparty na podbijaniu konsumpcji przez dodatkowe wydatki rządu słabnie, gdy tych wydatków zabraknie. Ze względu na inflację nominalnie transfery muszą być coraz większe, by nie wywołać odwrotnego efektu mnożnikowego, czyli załamania konsumpcji, gdy zabraknie stymulacji fiskalnej.
Polski wzrost gospodarczy nie opiera się wyłącznie na konsumpcji. Mam nadzieję, że po chwilowym spowolnieniu znów jej siłą napędową stanie się eksport, ale warto mieć świadomość, jakie ryzyka naszej gospodarce przyniosło 8 lat realizowania modelu wzrostu gospodarczego opartego na stałych transferach socjalnych. Dziś wyzwanie polega na tym, że nie ma dobrych i bezbolesnych rozwiązań, które można gospodarce zaaplikować. Bez 800+ (czy innych transferów) w przyszłym roku grozi nam brak odbicia wzrostu gospodarczego, a może długotrwała stagnacja. 800+ oznacza podbicie inflacji, którą będzie w Polsce trudno zwalczyć nawet przez kilka lat. Chyba jednak lepsza wyższa inflacja niż recesja; problem w tym, że bez inwestycji nasz potencjał wzrostu PKB nie będzie wynosił ponad 3% jak w poprzedniej dekadzie, ale może 2%, a może i mniej.
16.05.2023
Źródło: Doug_McLean / Shutterstock.com



Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Przejdź do logowania