Jak powstał serwis Bloomberg

04.12.2019 | Wojciech Kiermacz
Źródło: Shutterstock,com / II.studio
Potrzeba było kilkanaście milionów dolarów, żeby powstał produkt, z którego korzystają prawdopodobnie wszystkie najbardziej wpływowe instytucje na świecie, płacąc za niego co najmniej 20 tys. dolarów rocznie

Mówisz Bloomberg, myślisz Michael – burmistrz Nowego Jorku w latach 2002-2013, filantrop i biznesmen z majątkiem przekraczającym 50 miliardów dolarów. Ale nie wszyscy myślą tak, jak Ty. Pierwsze, co przyjdzie do głowy co najmniej kilkuset tysiącom osób, to serwis informacyjny Bloomberg, ukochane „dziecko” Michaela. Nieodłączne narzędzie codziennej pracy zarządzających funduszami, wszelkiej maści analityków, ekonomistów, no i wielu dziennikarzy i polityków. Tak zwany terminal Bloomberga stoi na biurkach ok. 325 tys. osób, w tym dyrektorów finansowych prawdopodobnie każdej dużej spółki giełdowej, prawników, szefów banków centralnych, u sekretarza generalnego Międzynarodowego Funduszu Walutowego, we wszystkich innych dużych instytucjach finansowych, w ministerstwach skarbu, finansów czy energetyki większości państw świata, a wieść niesie, że nawet w Watykanie. No dobrze, ale czym w zasadzie jest serwis Bloomberg?

Zapisz się na Newsletter

Co zyskujesz?

Powiadomienia o ważnych wydarzeniach i nowościach rynkowych, najnowsze
oceny i raporty oraz zawsze aktualną listę TOP5 funduszy inwestycyjnych.

Historia Bloomberga

Żeby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba cofnąć się w czasie do roku 1981. Michael Bloomberg, 39-letni partner w banku inwestycyjnym Salomon Brothers, traci pracę, w której spędził ostatnie kilkanaście lat, i spienięża swoje udziały warte 10 milionów dolarów. Wykorzystując swoje doświadczenie w handlu instrumentami finansowymi i w coraz prężniej rozwijającej się dziedzinie informatyki, zakłada biznes pod nazwą Innovative Marketing Systems (IMS). Z pomocą trzech kolegów – Thomasa Secundy, Duncana MacMillana i Charlesa Zegara, Bloomberg chciał stworzyć komputerowy system, który umożliwiłby firmom z Wall Street dostęp do danych rynkowych w czasie rzeczywistym. Start-upem zainteresował się Merrill Lynch i zaryzykował kupno niegotowego terminalu, czyli urządzenia wyświetlającego dane z zewnętrznego systemu. Pamiętajmy, że mówimy o czasach „przed internetem”, gdy dopiero raczkowały komputery osobiste Atari i Commodore.



Jedyny kontrahent zażyczył sobie, żeby maszyna robiła skomplikowane obliczania na obligacjach skarbowych. Terminal dostarczono w 1983 roku i zrobił wielkie wrażenie. Merrill Lynch zamówił na początku ponad 20 terminali (choć ostatecznie kupił 1000 maszyn). Co więcej, za 30 mln dolarów nabył 30% udziałów w firmie, żeby ta mogła się rozwijać. Warunek? Embargo na dostarczanie terminali komukolwiek innemu przez następne pięć lat.

Terminal Bloomberga w rękach Wall Street

Michael chciał jednak dostarczać swoją usługę całemu Wall Street. W końcu przekonał Merill Lynch do skrócenia embarga, zwłaszcza że duży udziałowiec mógł zyskać na ekspansji produktu. W 1986 roku zmieniono nazwę firmy z IMS na Bloomberg L.P. I tak firma wypłynęła na szerokie wody. Tam konkurowała o miejsce z innymi, znacznie większymi graczami dostarczającymi dane finansistom takimi jak Quotron (kupiony w 1986 r. przez Citicorp), Telerate (kupiony w 1990 r. przez Dow Jones), Automatic Data Processing, czy przede wszystkim Reuters. Wszystkie wymienione miały co najmniej kilkadziesiąt tysięcy sprzedanych terminali. Ale Bloomberg nie zamierzał składać broni. Produkt ciągle rozwijano – dodano handel papierami wartościowymi i komunikację z innymi użytkownikami terminali podobną do mailowej (zanim to stało się korporacyjnym standardem). Firma wyszła za granicę i otworzyła zagraniczne filie w Londynie, Tokio i Syndey.

Bloomberg rozpycha się na rynku

Michael Bloomberg zaczął myśleć o coraz bardziej kompleksowej usłudze opartej nie tylko na swoich danych, ale również na własnych materiałach informacyjnych ze świata finansów i biznesu (dotychczas newsy dostarczał do Bloomberga Dow Jones News Service). I tak, w 1990 r. powstał Bloomberg Business News, na czele którego stanął Matthew Winkler, dziennikarz ściągnięty z Wall Street Journal. Medium miało być środkiem do celu, jakim była jeszcze większa sprzedaż terminali. Na koniec 1991 r. Bloomberg miał ich sprzedanych 14 tys. sztuk, a dwa lata później już 31 tys. W 1994 r. wystartowała telewizja Bloomberga, a w 1996 r. wydawnictwo Bloomberg Press. W 1997 r. firma miała sprzedane około 75 tys. terminali.

Gdy Bloomberg rósł w siłę, znaczenie tracili pozostali gracze dostarczający dane i informacje światu finansjery. Dow Jones zrezygnował ze sprzedaży Telerate, a swoją część tortu musiał oddać również największy gracz na rynku – Reuters. Nie było łatwo mu się z tym pogodzić –  w 1998 został oskarżony o kradzież rozwiązań technicznych Bloomberga, które miał użyć w oprogramowaniu swojego nowego terminala.

Czym jest Bloomberg dziś

Dziś Bloomberg jest zdecydowanym liderem na rynku dostarczania danych finansowo-biznesowych w czasie rzeczywistym. Chwali się ponad 325 tys. sprzedanymi terminalami, podczas gdy drugi na rynku Reuters ma ich sprzedanych „tylko” 190 tys. – mniej więcej tyle samo co na początku lat 90. ubiegłego wieku. Różnica jest również w cenie – leasing oprogramowania Bloomberga kosztuje od 20 lub 24 tys. dolarów rocznie (mniej, jeśli decydujemy się na więcej niż jeden terminal). Dla porównania pełna wersja oprogramowania dostarczanego przez Reutersa kosztuje 22 tys. dolarów, ale „chudszą” wersję można mieć już za 3,6 tys. dolarów. Z tytułu samego leasingu terminali Bloomberg ma kilka miliardów dolarów rocznie. Przy czym, jak czytamy na talkingbiznews.com, to była tylko niespełna jedna czwarta z 10 mld dolarów przychodów firmy w 2018 r.

Dziś terminal Bloomberga (w zasadzie oprogramowanie, bo to już dawno wyłącznie software, a nie hardware) to największa baza danych okraszona informacjami z zakresu finansów, biznesu i szeroko pojętej gospodarki. Możesz obserwować statki transportujące ropę w czasie rzeczywistym, zobaczyć wszystkich dostawców części i odbiorców produktów Apple’a, a po godzinach, wpisując komendę POSH, skorzystać z ofert sprzedaży luksusowych zegarków, samochodów czy apartamentów innych „bloombergowiczów”. To oczywiście tylko niewielka próbka możliwości. Do tego globalny serwis informacyjny – strona internetowa, telewizja, magazyny, podcasty.

Jej właściciel Michael ogłosił pod koniec listopada, że będzie ubiegał się o nominację prezydencką z ramienia Partii Demokratycznej w przyszłorocznych wyborach. John Micklethwait, redaktor naczelny serwisu informacyjnego Bloomberg, zapewnia w notatce do ponad 2700 dziennikarzy, że będą pisać o kampanii „Mike’a” w ten sam sposób, jak w przypadku innych kandydatów. Z tą różnicą, że nie będą śledzić życia i majątku prywatnego swojego właściciela. Czas pokaże, czy ulgowe traktowanie i miliardy dolarów są w stanie utorować Michaelowi Bloombergowi drogę do Białego Domu.

TAGI:

BloombergMichael Bloomberg

zobacz także

↑ na górę