​Gdzie jest inflacja?

07.11.2019 | Rafał Bogusławski
Źródło: Constantin Stanciu / Shutterstock.com
Historia gospodarcza pokazuje, że po okresach niskiej inflacji, czy nawet deflacji przychodzi faza wzrostu inflacji

Gdy pod koniec 2008 roku, kiedy amerykański bank centralny ogłosił program skupu aktywów, większość ekonomistów krytykowała ten pomysł i przewidywała gwałtowny wzrost inflacji. Ekonomiści byli przekonani, że taki zastrzyk gotówki do finansowego krwioobiegu spowoduje wzrost cen. I w zasadzie mieli rację, choć wzrosły nie te ceny, o których myśleli.

Zapisz się na Newsletter

Co zyskujesz?

Powiadomienia o ważnych wydarzeniach i nowościach rynkowych, najnowsze
oceny i raporty oraz zawsze aktualną listę TOP5 funduszy inwestycyjnych.

Czym więc jest inflacja?

Zacznijmy od tego, że nie ma jednej inflacji. Ta, o której słyszymy najczęściej, to inflacja konsumencka, czyli wzrost cen koszyka towarów i usług, który powinien być reprezentatywny dla przeciętnej rodziny, czyli odzwierciedlać strukturę jej wydatków. Najczęściej zmianę cen pokazuje się w skali roku, czyli porównuje się poziom cen z danego miesiąca do poziomu cen z tego samego miesiąca rok wcześniej. I tak mierzona inflacja, pomimo zwiększania ilości pieniądza w gospodarce, po kryzysie 2008 niespecjalnie wzrosła. Mieliśmy jednak do czynienia z inną inflacją. Wzrost cen na giełdach akcji i wzrost cen obligacji to inaczej inflacja aktywów finansowych.

Jeżeli popatrzymy na ceny obligacji i akcji (przynajmniej na niektórych rynkach) to wzrostowe trendy trwają w najlepsze, pozwalając inwestorom na pomnażanie majątku. Jeżeli szukamy ujścia dla strumienia gotówki, które do systemu finansowego wprowadziły banki centralne, to rynki finansowe są z pewnością właściwym kierunkiem poszukiwań. Dlaczego jednak nie przełożyło się to na wzrost inflacji konsumenckiej?

Odpowiedzi jest kilka

Po pierwsze duże znaczenie w kształtowaniu inflacji konsumenckiej mają oczekiwania, które z kolei połączone są z poziomem optymizmu. Po 2008 roku nastroje wśród konsumentów i przedsiębiorców nie były zbyt optymistyczne. W takich krajach jak USA, gdzie zamożność konsumentów silnie związana jest z koniunkturą na rynku nieruchomości i na giełdzie, załamanie obu tych rynków odcisnęło trwałe piętno. Ludzie ograniczali wydatki, co zmniejszało popyt i ograniczało presję na wzrost cen towarów czy usług.

Drugim czynnikiem była globalizacja. Z jednej strony międzynarodowe korporacje ograniczały koszty produkcji poprzez optymalizację łańcucha dostaw. Z drugiej, ta sama optymalizacja sprawiała, że pracownicy w USA konkurowali pod względem wynagrodzeń z pracownikami w Chinach lub Indiach. To z kolei w znacznym stopniu ograniczyło wzrost wynagrodzeń w USA, a więc również ograniczyło wzrost konsumpcji.

Trzecim czynnikiem był fakt, że znaczna część gotówki pozyskana przez amerykańskie banki ze sprzedaży obligacji (które kupił Fed) została zdeponowana na rachunku Fed. Banki zamiast zwiększać akcję kredytową i pobudzać gospodarkę wybrały bezpieczniejszą ścieżkę i „zaparkowały” gotówkę w instytucji, która nie niosła obaw o możliwość bankructwa. Tu również warto nadmienić, że wielu analityków stawia znak równości pomiędzy poziomem kreacji pieniądza a fazą cyklu kredytowego w gospodarce. Gdyby tak było, zwiększanie ilości pieniądze w gospodarce i obniżanie jego kosztu powinno powodować wzrost gospodarczy i również wzrost inflacji. Jednak cykl kredytowy w dużo większym stopniu zależy od psychologii, niż od ilości pieniądza. Jeżeli banki boją się, że firmy i konsumenci mogą zbankrutować, to nie będą udzielać kredytów. Jeżeli firmy obawiają się, że nie będzie zbytu na ich towary, to nie będą inwestować, a jeżeli konsumenci nie są pewni, czy będą mieli stałe źródło dochodu, to ograniczają konsumpcję. W takiej sytuacji, i to stało się po 2009, tendencje deflacyjne zaczynają dominować, bez względu na ilość pieniądza w gospodarce.

Nic nie trwa wiecznie

Po dekadzie niskiej inflacji większość analityków zakłada, ze kolejne lata przyniosą kontynuację tej tendencji. Czy tak będzie? Nic nie trwa wiecznie, a gospodarki są cykliczne. Prognozując poziom inflacji w kolejnej dekadzie, warto wziąć pod uwagę kilka czynników. Po pierwsze globalizacja osiągnęła poziom, przy którym dalsza optymalizacja kosztów będzie trudna. Można więc oczekiwać, że presja na obniżanie wynagrodzeń w krajach takich jak USA nie będzie już tak silna, a równocześnie koszty produkcji zaczną rosnąć w skali całego świata.

Może się więc okazać, że dzisiejsze przekonanie większości analityków o kolejnej dekadzie niskiej inflacji i niskich stóp procentowych jest błędne. Historia gospodarcza pokazuje, że po okresach niskiej inflacji, czy nawet deflacji przychodzi faza wzrostu inflacji. Są to cykle, które trwają po kilkanaście, a czasem kilkadziesiąt lat, ale są powtarzalne. Dla tych, którzy nie wierzą w przyszły wzrost inflacji, przypomnę, że na początku lat 80. większość ekonomistów uważała, że gospodarka światowa ma przed sobą kolejną dekadę wysokiej inflacji i jest to nowy paradygmat. Dziś bardzo popularnym poglądem jest ten, którego reprezentantem jest Albert Edwards, analityk, który ukuł medialnie nośne hasło: „Ice Age”. I nie chodzi tu o zlodowacenie, ale o pogrążanie się gospodarki światowej w marazmie gospodarczym i kolejnych falach deflacji, co doprowadzi do rozlania się po rynkach ujemnych stóp procentowych i ujemnych rentowności obligacji. Czy ten scenariusz się zrealizuje? Śmiem wątpić, ale jak zwykle przyszłość przyniesie odpowiedź.

TAGI:

inflacja

zobacz także

↑ na górę