Polska branża wciąż odczuwa skutki kryzysu
12.09.2018 | Wojciech Kiermacz
Kryzys finansowy odcisnął swoje piętno na polskiej branży inwestycyjnej. Szczególnie na sprzedawcach i klientach. Wielu z nich wciąż ma z tyłu głowy spadki sprzed dekady 

Przed kryzysem finansowym w 2008 roku wielu było takich, co twierdziło, że na polskiej giełdzie nie da się stracić.  Zwłaszcza ci, którzy otworzyli rachunki maklerskie po bańce internetowej w 2001 roku mogli poczuć, że odkryli Eldorado. Hossa na Giełdzie Papierów Wartościowych napędzana była nie tylko przez bankierów z Wall Street. Bodźcem było pojawienie się wielkich graczy kreujących popyt na akcje pod postacią otwartych funduszy emerytalnych. Pośrednio polski rynek kapitałowy popchnęło również do przodu wejście do Unii Europejskiej. Dało to impuls do szybszego wzrostu gospodarczego, a to przełożyło się na zyski spółek publicznych. Wszystko sprzyjało, stąd świetne wyniki notowały fundusze akcji polskich. Pojawiało się coraz więcej klientów, którzy „słyszeli, że na giełdzie można bardzo dużo zarobić”.

Niestety w polskiej branży dystrybucji produktów inwestycyjnych w tamtym okresie było mnóstwo przypadków misselingu. Konwertowanie oszczędności życia z lokaty bankowej do funduszu akcji małych i średnich spółek czy oferowanie funduszy opakowanych w ubezpieczeniowe fundusze kapitałowe z dodatkowymi kosztami i wysokimi opłatami likwidacyjnymi, dla wielu pośredników było normą. Klienci byli zadowoleni – giełda rosła w zawrotnym tempie i drakońskie opłaty nie dawały się we znaki.

Nadszedł jednak 2008 i ten, kto twierdził, że na akcjach nie da się stracić, przeżył bardzo bolesną lekcję. Jeden z największych dziennych spadków na polskiej giełdzie przypadł na 10 października 2008 roku, gdy WIG zanurkował o -8,0%. Od bankructwa Lehman Brothers do dołka w lutym 2009 roku indeks szerokiego spadł o -46%. To był swoisty test warunków skrajnych dla towarzystw funduszy inwestycyjnych. Na koniec 2008 roku w funduszach pracowało 76,5 mld zł – o 59 mld zł mniej niż rok wcześniej. Pod względem wartościowym najbardziej ucierpiały fundusze akcji polskich – spadek aktywów przekroczył 20,5 mld zł, z czego ponad 5 mld złotych na skutek odpływów z funduszy.

Trudniejszego momentu na start działalności nie mogło wybrać kilka prywatnych towarzystw funduszy inwestycyjnych. Pod koniec hossy wystartował m.in. Altus, Ipopema, Eques Investment, Opoka czy Spatium (dzisiejszy Trigon). Szczególnie pod górkę miał giełdowy Quercus, którego pierwsze notowanie przypadło na 4 dni przed upadkiem Lehman Brothers. Sebastian Buczek, jako świeżo upieczony prezes, obciął swoją pensję do 3 tys. zł miesięcznie, żeby przetrwać najtrudniejsze miesiące. Choć, jak sam twierdzi, zapasu kapitału mieli dość, żeby przetrwać nawet trzy lata bessy (warto posłuchać jego wspomnień z tamtych czasów dostępnych na YouTube).

Z przykrym bagażem doświadczeń z kryzysu finansowego wyszli klienci funduszy. Według Krzysztofa Lewandowskiego, byłego prezesa Pekao TFI, wydarzenia sprzed 10 lat mają niebagatelny wpływ na obraz przeciętnego polskiego inwestora detalicznego również i dziś. 

– (…) To była bolesna lekcja, która pokazała, że nie ma inwestowania bez ryzyka. Sparzyli się klienci i doradcy. Mimo tego, że na rynek przychodzą nowi, młodzi ludzie, to jednak kryzys sprzed 10 lat gdzieś podświadomie jest w ich głowach. Z drugiej strony, w ostatnich kilku latach obserwowaliśmy słabość polskiego rynku. Fundusze akcyjne nie wypracowywały spektakularnych wyników, które rozbudziłyby chęć zwiększenia ryzyka czy dywersyfikacji oszczędności – mówił nam w wywiadzie sprzed roku.


Po 10 latach w branży TFI wciąż odbija się echo kryzysu finansowego. Fundusze akcji już nigdy nie cieszyły się tak dużą popularnością. Wręcz przeciwnie – w ostatnich latach klienci kupują przede wszystkim jednostki funduszy pieniężnych i dłużnych. Jeśli chodzi o wartość aktywów zgromadzonych w rozwiązaniach otwartych (FIO i SFIO), to dopiero w 2015 roku przekroczony został poziom sprzed kryzysu. Rynek nie znosi próżni, więc część klientów zaczęła szukać alternatywnych sposobów na pomnażanie kapitału. W latach 2008-2017 dynamicznie rozwinął się rynek funduszy zamkniętych – o alternatywnych strategiach, sprzedawanych często jako odporne na wahania koniunktury (choć w praktyce bywa z tym różnie). Obecnie, w 2018 roku, ta formuła wystawiona jest na ciężką próbę i czas pokaże, czy TFI zarządzający FIZ-ami wyjdą z niej „z tarczą”.

Nie da się ukryć, że kryzys przyczynił się do zmian w branży finansowej, w tym inwestycyjnej. Polski rynek jest świeżo po wprowadzeniu dyrektywy MiFIDII – swoistej odpowiedzi unijnego regulatora na wydarzenia sprzed dekady. Jej głównym celem jest zapewnienie większej ochrony klientów produktów inwestycyjnych poprzez nałożenie na instytucje dodatkowych wymogów informacyjnych i uregulowanie kwestii wynagradzania dystrybutorów.

Wojciech Kiermacz
Analizy Online



Rok temu w ramach 25-lecia polskiego rynku funduszy rozmawialiśmy z osobami, które świetnie pamiętają tamte czasy. Ryszard Rusak, zarządzający funduszem UniKorona Akcje tak wtedy wspomniał szalone lata 2006-2007, które doprowadziły do kryzysu.

– Wszyscy wiedzieliśmy, że na rynkach jest już bardzo drogo i reakcje inwestorów przypominają owczy pęd. Mieliśmy świadomość, że w takich warunkach nie powinno się już kupować akcji, a wręcz należy mocno zredukować ich udział w portfelach. Z drugiej strony klienci i dystrybutorzy wywierali presję na jak najlepszy krótkoterminowy wynik. A ja zarządzałem funduszem typowo akcyjnym i zgodnie ze statutem nie mogłem nagle przenieść aktywów do bezpiecznej przystani. To była niezdrowa sytuacja. Miałem dylemat, czy trzymać się zdroworozsądkowej strategii – to znaczy nie przesadzać w takich warunkach z ilością małych, często niepłynnych spółek w portfelu – i spaść na koniec stawki z wynikami, czy płynąć z resztą rynku. Ostatecznie podjąłem wówczas właściwą decyzję, z czego bardzo się cieszę, obserwując dziś długoterminowe wyniki subfunduszu UniKorona Akcje.

Tuż przed kryzysem posadę prezesa Allianz TFI przejął Jarosław Skorulski, obecnie prezes TFI BGŻ BNP Paribas. W wywiadzie sprzed roku spytaliśmy go o nastroje w polskiej branży zaraz po bankructwie Lehman Brothers.

– Powiedzieć, że były marne, to nic nie powiedzieć. Oznaki kryzysu pojawiły się już w lutym 2007 roku, ale na giełdzie nastroje pogorszyły się na dobre w grudniu 2007 roku, czyli w czasie, kiedy zaczynałem pracę w Allianz. Aktywa w funduszach detalicznych na rynku w ciągu kolejnego roku spadły ze 140 mld zł mniej więcej o połowę. Z tego 50% to była utrata wartości na skutek spadku cen akcji, a druga połowa to odpływy. Pamiętam, że wśród współpracowników był duży niepokój o przyszłość. Towarzystwo Allianz było na ścieżce dynamicznego rozwoju, przekroczyliśmy break-even point i w zaledwie kilka tygodni aktywa zaczęły mocno topnieć. Muszę powiedzieć, że wśród znajomych z rynku widziałem lekkie przerażenie. Na szczęście sytuacja się uspokoiła.

TAGI:

Lehman Brothers

zobacz także

↑ na górę