Sell in may – czy warto sobie zrobić dłuższe wakacje od giełdy?
Zespół Analiz Online
W ostatnim czasie rynkom kapitałowym pomaga niemalże wszystko - Trump dogaduje się z Chinami, Francuzi przekonują się do Macrona, a gospodarki przyśpieszają. Zatem „sell in may”? – I don’t think so.

Przysłowia giełdowe to swego rodzaju folklor. I tak, każdy inwestor giełdowy wie, że to „trend jest jego najlepszym przyjacielem”,  zwraca uwagę by „nie pakować wszystkich jaj do tego samego koszyka”,  „wystrzega się spadających noży”, a „kupuje dopiero, gdy krew już się leje” i to najlepiej „plotki, nigdy fakty” (wszakże wiadomo, że te należy sprzedawać).

Bądź na bieżąco

Dołącz do 15 000 inwestorów, którzy prosto na maila otrzymują powiadomienia o nowych artykułach, wynikach inwestycyjnych oraz ważnych wydarzeniach rynkowych.

Maksymy te uderzają prostotą, jednak często są dość trudne do zastosowania w praktyce. Może zatem coś konkretnego - „sell in may and go away, do not return until St. Leger's Day”. Trywialna recepta na rynkowy sukces. Gwoli jasności St. Leger’s Day to dzień, w którym rozgrywany jest najstarszy z angielskich klasyków w wyścigach konnych. Z racji tego, że na ogół gonitwa wypada  pod koniec września dla uproszczenia przyjmuje się, że lepiej powstrzymać się od kupowania akcji aż do samego końca III kwartału. Tyle jeśli chodzi o etymologię zjawiska. Sprawdźmy zatem, czy nasze „panaceum”  na rynkowe bolączki działa.

Pod lupę wzięliśmy trzy rynki: warszawską GPW, amerykański S&P500 oraz egzotyczny parkiet brazylijski. Sprawdziliśmy co by było gdybyśmy zgodnie ze wskazówkami wynikającymi z przysłowia „sell in may” zdecydowali się na zakup akcji każdorazowo ostatniego dnia września i sprzedawali je ostatniego dnia kwietnia. Oczywiście przeanalizowaliśmy także przypadek odwrotny.

Oto co otrzymaliśmy:   

Na pierwszy rzut oka może się to wydawać zaskakujące, ale strategia „sell in may” historycznie okazywała się skuteczna i to na różnych rynkach. W okresie między końcem kwietnia, a końcem września przeciętna stopa zwrotu z badanych indeksów oscyluje wokół zera, czyli w pewnym uproszczeniu możemy powiedzieć, że średnio cały roczny rezultat był wypracowywany między październikiem, a kwietniem.

Jak wytłumaczyć ten fenomen?
Literatura nie znajduje jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że przyczyny należy szukać w specyfice kalendarza – okres od początku maja do końca września to w zdecydowanej większości krajów czas wakacji, na ogół towarzyszą mu istotnie niższe obroty na giełdach (w szczególności w lipcu i w sierpniu). Ludzie nie myślą wówczas o oszczędzaniu, często niesieni wakacyjną euforią i szaleństwem wydają ponad miarę. Oczywiście aktywność w Brazylii, w której wakacje przypadają na środek naszej zimy dostosowuje się do tendencji panujących w handlu globalnym – wszakże to inwestorzy zagraniczni w znaczącym stopniu kreują obraz tamtejszego parkietu. Czynniki kalendarzowe znajdują swoje odzwierciedlenie w napływach do funduszy, które często w okresach zimowych są wyższe, również ze względu na różnego rodzaju premie, nagrody wypłacane pracownikom na zakończenie roku. W końcu maksymę „sell in may…” można traktować jako samospełniającą się przepowiednię. Inwestorzy w nią wierzą, więc sprzedają akcje, co przekłada się na spadki indeksów.

Czyli jednak „sell in may”?
I tutaj mamy zagwozdkę. Nie jest to wcale takie oczywiste. W latach 2003-2007 inwestorzy, którzy zdecydowali się zainwestować swoje pieniądze odwrotnie do wskazań „sell in may” (posiadali indeks WIG w okresach od końca kwietnia do końca września)  łącznie zarobili blisko 100% i w żadnym z tych przypadków nie ponieśli straty. Po drugie statystyka pokazuje, że ryzykujemy niewiele. Widzimy że arytmetyczna średnia stóp zwrotu z okresów koniec kwietnia – koniec września jest dla niemal wszystkich rynków na poziomie bliskim zeru. Nie brzmi to może zbyt zachęcająco, ale też wizja przeciętnego rozwoju wypadków, jaka roztacza się przed inwestorami absolutnie nie jest tą kasandryczną.

Co zatem zrobić?
Przede wszystkim nie dać się zastraszyć starej maksymie i na spokojnie zastanowić się nad możliwym rozwojem wypadków na światowych parkietach w ciągu najbliższych kilku miesięcy. Patrząc koniunkturalnie znajdujemy się w fazie ekspansji, która wspiera notowania surowców i akcji. Największe ryzyka, które przez ostatnie miesiące niepokoiły inwestorów, zostały wygaszone. Trump znalazł wspólny język z Xi Jinpingiem i mało prawdopodobne by nowa amerykańska ustawa podatkowa uderzyła w jakiś szczególny sposób w chińską gospodarkę. Tym bardziej, że to Państwo Środka jest sprzymierzeńcem USA w walce z reżimem Kim Dzong Una. Amerykański prezydent stonował także swoje stanowisko w kontekście handlu zagranicznego – już nie chce zrywać, a raczej ma zamiar renegocjować dotychczasowe umowy. To świetna informacja. W Europie również sielanka - wybory we Francji w zasadzie są już rozstrzygnięte. Tylko prawdziwy kataklizm mógłby pozbawić Macrona fotela prezydenta.

Oczywiście należy mieć świadomość, że  znajdujemy się o jeden makroekonomiczny krok od fazy spowolnienia w cyklu, niemniej jednak ten krok często robiony jest przez gospodarki miesiącami. A przez ten czas ekspansja może bardzo korzystnie podreperować wyniki portfeli inwestycyjnych.

Czy warto zatem robić sobie wakacje od giełdy? Raczej nie. Tym bardziej, ze informacje z gospodarek napawają optymizmem. Również krajowa koniunktura zdecydowanie przyspiesza i, jak to w fazie ekspansji, może nas pozytywnie zaskakiwać. Zapewne odbije się to pozytywnie na notowaniach warszawskich indeksów.

/pw  

TAGI:

cykl koniunkturalnyporady inwestycyjne

popularne porady

w co inwestować

Copyright © Analizy Online S.A. 2017

↑ na górę